HCV to nie wyrok i można go pokonać! To bardzo ważne, że dowiedziałeś się o swoim zakażeniu. Możesz teraz rozpocząć walkę o powrót do zdrowia. Zdiagnozowanie WZW C to pierwszy krok na drodze ku wyleczeniu!
Poradź sobie z depresją i stresem
U części osób zakażonych HCV dochodzi do spadku nastroju, rozdrażnienia, przewlekłego zmęczenia, stanów lękowych, a czasem nawet do depresji (u ok. 28-40% chorych). Zdarzają się też problemy z koncentracją i zapamiętywaniem. Powodem takich stanów jest przenikanie wirusa HCV do mózgu i nieznaczny wpływ na jego działanie. Jest to w pełni odwracalne i po wyleczeniu zanika.
W trakcie leczenia objawy mogą się nasilać. Najczęściej bo ok. 30% leczonych występuje depresja i rozdrażnienie. Są one najsilniejsze w 9 miesiącu leczenia.
Bardzo często jednak przyczyną kryzysów psychicznych osób żyjących z HCV jest lęk, smutek, żal, złość i poczucie krzywdy wynikające z analizy życiowej. Zwłaszcza w początkowym okresie po diagnozie wielu ludzi myśli i mówi np. „świat mi się zawalił”, „to był dla mnie szok”, „moje życie nie ma już sensu”, „teraz to już tylko marskość, rak i śmierć”, „nie będę mogła mieć dzieci”, „zarażę swoich bliskich”, itp.
Nie możesz myśleć w ten sposób. To wcale nie musi mieć miejsca, to wcale nie musi być Twoim udziałem! Stres może Ci tylko zaszkodzić. Nie pozwól, aby zawładnęła Tobą panika i wszechogarniający strach.
HCV to nie wyrok i można go pokonać! W przypadku istniejących obecnie standardów leczenia szanse na stałą eliminację HCV wynoszą od 57 do 85 %.
Jak radzić sobie z kiepskim nastrojem:
Jeżeli opisane wyżej techniki nie dają oczekiwanego efektu, a przedłużający się zły nastrój pogarsza jakość Twojego życia, to warto rozważyć skontaktowanie się z psychoterapeutą lub psychologiem.
----------------------------------------------------------------------------------------------------
Historia Tomka
Przeczucie
Jest rok 2001. Młodość rządzi się swoimi prawami: imprezy, nowe miłości, nowe znajomości, świat stoi otworem.25-letni Tomek właśnie ukończył studia na Uniwersytecie Marii Skłodowskiej-Curie w Lublinie. Ma głowę pełną planów, pomysłów i tylko wypatruje swojej szansy. Pewnego dnia kolega lekarz namawia go na oddanie krwi. „To szczytny cel” – myśli Tomek i postanawia pójść za namową kumpla. W stacji krwiodawstwa dochodzi do dziwnego zdarzenia. Po wstępnych badaniach, które miały stwierdzić, czy krew nadaje się do oddania, Tomkowi w miejscu ukłucia wyskakuje dziwny guz. – Wierzę w różnego rodzaju znaki – tłumaczy mężczyzna – i przeczuwałem, że ten dzień z jakiegoś powodu zapadnie mi głęboko w pamięć. – 2 tygodnie później przyszło powiadomienie ze stacji: „Proszę się stawić w celu złożenia wyjaśnień”. Zaniepokojony zadzwonił do kumpla. Ten w najlepsze sobie zażartował: A może ty masz HCV…? – Zupełnie nie wiedziałem o co chodzi – przypomina sobie reakcję – ale kiedy poszedłem do stacji, żart mojego kolegi okazał się prawdą. Rozmowa z kierownikiem nie była przyjemna. Wprawdzie ten w dość łagodny sposób starał się przekazać informację o zakażeniu, ale Tomek przed oczami miał tylko szarą teczkę z literkami H i V. Jak ognia bał się poznania prawdy. Nieświadom istnienia HCV, myślał: Boże, tylko nie HIV! Poinformowany przez kierownika, że jest nosicielem HCV, zamiast się przejąć, odetchnął z ulgą.
Bezsensowna wegetacja
„Oj, niedobrze, że pan to złapał, niedobrze” – kiwa głową starszy lekarz, patrząc z politowaniem na młodego pacjenta. Przerażony chłopak ma ochotę schować się w najciemniejszy kąt. Diagnoza zabrzmiała tak, jakby do jego obowiązków należało teraz zakupienie trumny i położenie się w niej.
Wizyta w lubelskiej poradni chorób zakaźnych dla pełnego energii Tomasza okazała się pierwszym krokiem do prawdziwego koszmaru. – Medycyna rozwija się w niesamowitym tempie – tłumaczy. – Niestety w 2001 roku lekarze niewiele wiedzieli o mojej chorobie. Traktowali ją jak nieuleczalny wirus, który prowadzi do marskości wątroby – wspomina mężczyzna najgorszy czas w swoim życiu. Lekarze zabronili mu wszystkiego, co w tym momencie stanowiło dla niego sens życia. Stałemu bywalcowi siłowni i basenu zakazali uprawiania jakiegokolwiek sportu, poza przejażdżkami rowerowymi raz na jakiś czas. Rozpisali dietę niemal o chlebie i wodzie, bez możliwości skosztowania nawet najdelikatniejszych alkoholi.
– Nie przemęczać się, oszczędzać, nie denerwować się, nie jeść, nie pić, najlepiej jeszcze nie oddychać – ironizuje Tomek. Żadnego wsparcia ze strony lekarzy. – Zaczęło do mnie docierać, jakie życie mnie czeka, a miałem przecież dopiero 25 lat. Doskonale się czułem. Okaz zdrowia, gdyby nie ta jedna skaza, która postawiła na głowie cały mój świat. Musiałem ze wszystkiego zrezygnować w momencie, kiedy nawet badania nie wykazywały żadnych zmian w organizmie. W poradni nie dowiedział się wielu rzeczy na
temat swojej choroby. Nadal nie był świadom tego, co tak naprawdę mu dolega. Wrócił do domu załamany. Wsparcia udzielili mu oczywiście rodzice. Ojciec szybko zareagował i zaczął szukać informacji w Internecie. Jednak dopóki nie rozpoczęto leczenia, Tomasz musiał stosować się do wskazówek lekarza. Nie było miejsca w szpitalu, więc kilka miesięcy czekał na wykonanie wszystkich potrzebnych badań. Przez ten czas, mimo braku jakichkolwiek dolegliwości, chudł w oczach pogrążony w głębokiej depresji. – W Lublinie kolejka do szpitala przekraczała 200 osób. Dodatkowo dochodził stres, czy uda mi się zakwalifikować do leczenia. Ubieganie się o leczenie, pokonywanie innych, stanowiło czasem poprzeczkę nie do przeskoczenia. Pacjenci konkurowali jak kandydaci na stanowisko pracy w wyścigu szczurów: „Jakiego argumentu użyć, żeby przyjęli mnie, a nie innych?”. Brak dostępu do rzeczy, które każdemu choremu powinny się należeć, wykańcza psychicznie. Zajmowanie kolejek u lekarzy, wstawanie o 5 rano. Czekanie na wizytę ponad 5 godzin i wyjście z niej z kwitkiem, bez informacji, co dalej. Tego nikt o zdrowych zmysłach nie jest w stanie wytrzymać. Kiedy już doczekałem się na swoje miejsce, po przejściu serii badań i tak lekarze nie mieli pomysłu, jak mnie leczyć. Dostałem ogólne leki na wzmocnienie organizmu. Miałem obserwować, czekać, obserwować… Coś mnie niszczy od środka, a ja wegetuję! Żadnego ruchu w kierunku wyleczenia. Zdrowie psychiczne sięgało dna.
Przełom
Rok 2002/2003. Poczta pantoflowa to najlepsze źródło informacji i rekomendacji. Tym środkiem najczęściej posługują się troskliwe mamy, które nie spoczną, dopóki nie znajdą rozwiązania problemu dla swojego dziecka. – Moja mama namówiła mnie, żebym szukał pomocy w innym mieście.
Dowiedziała się, że w Warszawie leczą HCV i zaproponowała, żebym tam spróbował. – Wtedy jeszcze
w Polsce obowiązywały Kasy Chorych, więc wystarczyło zdobyć pozwolenie z lubelskiej Kasy Chorych i można było się starać o leczenie w Warszawie. – Ponieważ należałem do kasy mundurowej, mogłem podjąć leczenie w MSWiA. Podczas zapisów, „psim swędem” dostałem numer telefonu do ordynatora. Bez żadnych zahamowań zadzwoniłem do niego, a ten myśląc, że rozmawia z urzędnikiem Kasy Chorych, przyjął mnie na oddział – mężczyzna uśmiecha się na myśl o swoim farcie. – Po wstępnych badaniach natychmiast zakwalifikowano mnie do leczenia. Kiedy spotkałem się z doktorem Gietką, specjalistą
z dziedziny hepatologii w Polsce, po raz pierwszy od 2 lat wyszedłem pełen nadziei –
Tomek mile wspomina ten okres. W Warszawie rozpoczął się etap zwrotny w historii jego choroby. Powoli wracał do życia. Zaczął umawiać się ze znajomymi, wychodzić do ludzi, znów wrócił na siłownię, jadł zdrowo, ale nie ograniczał się już tak bardzo. I mimo że rok pierwszej terapii w MSWiA nie przyniósł skutku, zupełnie się tym nie przejął. Widział ogromne szanse na wyleczenie. Dodatkowej otuchy dodawały mu rozmowy z osobami, które mają ten sam problem co on.
– Na stronie Prometeuszy dowiedziałem się, że jestem zupełnie normalny, że nie zarażam, że jestem bezpieczny dla otoczenia – wyjaśnia mężczyzna. Musiał odczekać kolejny rok, żeby znów poddać się terapii. Przez ten czas medycyna bardzo się rozwinęła. Pojawiły się leki o przedłużonym działaniu,
co stanowiło dla pacjentów niesamowity komfort – zamiast trzech zastrzyków w tygodniu, trzeba było wykonać tylko jeden i o wiele skuteczniejszy. W 2005 roku doktor Rejowski uznał przypadek Tomasza za nadający się do leczenia. Znów wrócił na terapię. – Myślałem wtedy, że jeśli za drugim razem się nie uda, nie ma sensu kontynuować kolejnej terapii. Jednak wtedy byłem już o szkołę mądrzejszy, doświadczony. Wiedziałem, że terapia nie jest koszmarem i znosiłem ją bardzo dobrze.
Happy end
20 listopada 2006. Pani z oddziału zakaźnego odbiera telefon. „Halo, dzień dobry. Nazywam się Tomasz Pycek. Mam ogromną prośbę. Czy może mi pani odczytać wyniki moich badań? Mieszkam w Lublinie i musiałbym jechać specjalnie 200 km do Warszawy, żeby poznać wynik”. Miły, męski głos w telefonie spotkał się ze zrozumieniem, zwłaszcza że do przekazania była dobra wiadomość: wynik pozytywny! Serce Tomka mocniej zabiło. Niesamowicie szczęśliwy podzielił się tą informacją ze swoją mamą, która była obok. Ukochany dziadek uronił łzę, kiedy się dowiedział, że pięcioletnia walka zakończyła się ogromnym zwycięstwem. – Stan mojej euforii trwa do dziś – z uśmiechem opowiada Tomek. – W sensie medycznym taką osobę jak ja uznaje się za wyleczoną. Owszem, od czasu do czasu robię badania na próby wątrobowe, ale wyleczyłem coś, co w pewnym momencie wydawało mi się nieuleczalne. – Życie w takiej chorobie uczy pewnych zdrowych nawyków. Tomek bardzo przywiązuję wagę do tego, co je. Stara się unikać tłustej i ciężkostrawnej kuchni. Oczywiście wszystko ze zdrowym rozsądkiem. Alkohol stara się pić tylko wtedy, gdy jest to konieczne. Regularnie uprawia sport, chodzi na siłownię, na basen, jeździ rowerem. W pozytywny sposób korzysta z życia i przekazuje swoją historię innym, radząc, by się nie poddawali.